Jerzy Lewczyński

Krzysztof Pijarski
Gra w archiwum
od 20 czerwca 2011
do 26 sierpnia 2011

Gra w archiwum to propozycja nowego odczytania archiwum, ale także całej twórczości Jerzego Lewczyńskiego. W Galerii Asymetria zostanie pokazana seria fotografii min Jerzego Lewczyńskiego (ur. 1924), oraz nowa praca Krzysztofa Pijarskiego (ur. 1980) JL – KP, która jest próbą zmierzenia się z postacią Lewczyńskiego i tworzonym przez niego od lat archiwum. Pijarski - fotograf i historyk sztuki, na zaproszenie Rafała Lewandowskiego, podjął artystyczny dialog z Jerzym Lewczyńskim wydobywając na pierwszy plan element żartu i zabawy, niezwykle charakterystyczny dla tej twórczości choć często pomijany. Wykonał także pracę badawczą, ukazując w nieortodoksyjny sposób rozmaite wątki ikonograficzne i symboliczne stale obecne w twórczości gliwickiego klasyka. Na tablicach, przypominających Atlas Mnemosyne Warburga, zobaczymy około 150 przefotografowanych zdjęć wydobytych przez obu artystów z archiwum Lewczyńskiego. Część z nich to bardzo znane kadry, inne to fotografie pamiątkowe i znalezione, jest też wiele fotografii wcześniej nie pokazywanych i nie publikowanych. Zestawione w grupy, generują ruch znaczeń i skojarzeń, zacierający utarte ścieżki interpretacji twórczości Lewczyńskiego. Pracom obydwu autorów towarzyszy materiał filmowy będący zapisem ich rozmów o fotografii. Czytaj więcej...

Finansowanie:

Partnerzy:

Patroni medialni:



14.06.2011 15:44:34

Krzysztof Pijarski, Tekst do wystawy Gra w archiwum

Jerzego Lewczyńskiego zwykło się traktować pomnikowo. W końcu jego wkład w fotografię polską jest nie do przecenienia, nie tylko w roli artysty, lecz także jej historyka, dokonującego archiwalnych odkryć, czy wreszcie autora „Antologii fotografii polskiej”.
Wystawa „JL — KP“ to swoista dekonstrukcja tej niezmiernie ważnej dla polskiej fotografii postaci i jej dzieła, a jednocześnie hołd. Czy te dwie perspektywy są w ogóle do pogodzenia? Jak najbardziej. Kłopot bowiem w tym, że w dotychczasowej recepcji, kładąc nacisk na niezmiernie poważny, pełen metafizycznych uniesień stosunek artysty do fotografii — zwłaszcza tej znalezionej, czy odnalezionej, „historycznej” — zepchnięto na margines psotnika.

Przedmiotem wystawy, jak to bywa w przypadku reewaluacji dorobku uznanych artystów, jest zbiór dokumentów i fotografii, gromadzonych od lat przez Lewczyńskiego w jego gliwickiej pracowni. Postanowiłem pokazać to archiwum nie w roli „źródła badań” w poważnym, historycznym sensie, lecz jako podporę pamięci, specyficzną reprezentację porządku wyobraźni Lewczyńskiego, jako archiwum z gruntu performatywne. Taką właśnie rolę pełni ono dla niego samego: każdej rozmowie z artystą towarzyszy stos wyjętych z tej okazji zdjęć, zawsze w innym porządku. Niczym bricoleur, Lewczyński na ich podstawie komponuje swoje opowieści, ciągle od nowa. W tym archiwum znajdziemy setki, jeśli nie tysiące fotografii, poświadczające skłonność Lewczyńskiego do żartu, spoglądania na świat z ukosa, z przymrużeniem oka; autoportretów, w których używa swojej twarzy jako tworzywa, pokazując, jak bardzo bałamutna jest idea jej oczywistości czy też czytelności, autoportretów, w których wreszcie fotografuje się na tle swoich prac, dowodząc, że powaga jak najbardziej może iść w parze z blagą.

Postanowiłem zagrać z owym pozorem czytelności i zwodniczością archiwalnego porządku, zaprezentować serię pełnych szelmowskiej drwiny (auto)portretów artysty, wyraźnie odsyłających do wizerunków Witkacego, wraz z planszami zestawionego przeze mnie „atlasu” wyjętych z archiwum fragmentów — odbitek, reprodukcji, zdjęć znalezionych, prac artystycznych i okazjonalnych, przede wszystkim jednak autoportretów. Bohaterem tych konstelacji obrazów jest nieodmiennie „Jerzy Lewczyński”. Pokazują one, jak bardzo różne sfery działalności artysty wzajemnie się przenikają i warunkują.

Zależy mi na tym, by raz po raz doprowadzać do klęski wszelkie próby dotarcia do „źródeł“, „prawdy” czy „istoty”. Nie oryginał jest tu dla mnie ważny, lecz oryginalność postawy. Pozostaję przy tym głęboko oddany głoszonej przez Lewczyńskiego potrzebie ustanawiania związków z tym, co minione. „Mój” Lewczyński nie wierzy w fotografię jako cenny artefakt, jej nośnikiem jest bowiem ciało. Tak rozumiana fotografia żyje w materii pamięci i interpretacji, nie na papierze, lecz w spotkaniu.

14.06.2011 15:24:53

(ur. 14.03.1924 w Tomaszowie Lubelskim, zm. 2.07.2014) 

Jerzy Lewczyński jest jednym z najważniejszych twórców w historii polskiej fotografii XX wieku, autorem teorii „archeologii fotografii”, wykorzystującym w swojej twórczości intelektualny i filozoficzny potencjał fotograficznego medium. 

Pierwsze fotograficzne kroki stawiał Lewczyński przed wojną, fotografując kultowym dziś aparatem Kodaka Baby-Brownie. 
Bardzo silnie na jego życiu i twórczości odcisnęły się lata II wojny światowej: utrata ojca, przystąpienie do Armii Krajowej, ale przede wszystkim doświadczanie stopniowej dewastacji jego własnej, znanej i codziennej rzeczywistości sprzed katastrofy. 
Figura historii oraz pragnienie dotarcia do utraconej przeszłości staną się niezwykle istotne dla postawy twórczej Lewczyńskiego. 
Po wojnie, w latach 1945-51 Lewczyński odbył studia na wydziale Inżynieryjno-Budowlanym Politechniki Śląskiej w Gliwicach i podjął pracę w Biurach Projektów Przemysłu Chemicznego w Gliwicach. 
W latach 50. rozpoczął aktywnie działać na polu fotografii. Został członkiem oddziału gliwickiego Polskiego Towarzystwa Fotograficznego, w którym poznał Tadeusza Maciejkę, Adama Sheybala, Piotra Janika i Zofię Rydet. To środowisko będzie podstawą założonej w 1956 roku grupy twórczej „Gliwice”, do której oprócz Lewczyńskiego, Rydet, Sheybala i Janika przystąpili także Aleksander Górski, Stanisław Skoczeń czy Roman Wichrowski.
W spojrzeniu Lewczyńskiego na fotografię w tym okresie dostrzec można wpływ najważniejszych dla tego czasu dyskusji i aktualnych nurtów artystycznych. Z jednej strony widać fascynację fotografią reportażową spod znaku wystawy Rodzina Człowiecza, ale także inspirację włoskim neorealizmem. 
Jest to czytelne chociażby w piśmie Lewczyńskiego do ZPAFu, w sprawie programu i organizacji grupy „Gliwice”, w którym czytamy: 
„[…] Uważamy, że dominantą koncepcji twórczych powinna być ekspresja, oparta na intelekcie. Elementem decydującym winien być człowiek: człowiek żywy taki, jakim go między innymi widzi nadrealizm. Często jest to człowiek niezrozumiały, ale zawsze człowiek chodzący po ziemi. Podstawa intelektualna sugeruje różne rozwiązania tej koncepcji, np. wszystko o człowieku, lecz przy pomocy jego dzieła. Ta metoda operuje »człowiekiem ukrytym« niewidocznym na obrazie. Człowiek ukryty w swoich starych butach, w stworzonym przez siebie otoczeniu, itp."
Również w latach ‘50tych Lewczyński poznał Bronisława Schlabsa i Zdzisława Beksińskiego, a ta współpraca zaowocowała nawiązaniem kontaktów z Otto Steinertem i twórczą interpretacją idei „fotografii subiektywnej”. Rok 1959 zaznaczył się głośną wystawą Pokaz zamknięty w Gliwickim Towarzystwie Fotograficznym, na której Lewczyński, Beksiński i Schlabs zaprezentowali prace zdecydowanie odchodzące od estetyki reportażu fotograficznego. Fotograficzne plansze Lewczyńskiego, pokazane na wystawie, zwracały uwagę na niepewność relacji między tym, co przedstawione a samym przedstawieniem, oryginałem i kopią. Zestawianie słowa i obrazu a także poszczególnych fotografii między sobą otwierało przed widzem szereg interpretacji i możliwych połączeń znaczeniowych. 
W latach 60. w twórczości Lewczyńskiego coraz większą wagę zaczyna odgrywać historia: ta prywatna a także zapomniana historia nieznanych mu osób oraz fotografia amatorska i prywatna. Fotografia staje się dla artysty śladem, materialnym dowodem istnienia, dzięki któremu możemy dotrzeć do tego, co minęło. Stąd już tylko krok do koncepcji archeologii fotografii. 
Jak pisze sam fotograf: „Archeologią fotografii nazywam działania, których celem jest odkrywanie, badanie i komentowanie zdarzeń, faktów, sytuacji dziejących się dawniej w tzw. przeszłości fotograficznej. [...] Jest też celem «archeologii fotografii» poszukiwanie świadków dawnych wydarzeń! Takim świadkiem w fotografii jest światło. Światło, które było bodźcem technologicznych procesów utrwalania rzeczywistości i które wyrzeźbiło w negatywie dawną powszechną obecność! Negatyw stanowi, więc ślad „tamtego" światła i jest autentycznym światłem minionych wydarzeń.”
Realizacją takiego spojrzenia na fotografię jest cykl Negatywy (seria negatywów znalezionych na strychu jednego z domów w Sanoku) czy Negatywy – ciąg dalszy, czyli grupa negatywów znalezionych w Nowym Jorku. 
„Archeologia fotografii” jest nie tyle pisaniem historii, ile szukaniem kontaktu z minionym, jest pewną niegasnącą wrażliwością i ciekawością wobec zapisanych w fotografii przejawów życia.

26.03.2016 13:09:30

1
loading image...
Jerzy Lewczyński
Potyczki na miny

11